Wyniki wyszukiwania dla:

Formacja


KONFERENCJA NA KWIECIEŃ 2026

Nasza wiara, wiara naszych dzieci

Ufałem, nawet gdy mówiłem: «Jestem w wielkim ucisku»” (Ps 116, 10): wiara a cierpienie

Wprowadzenie: Kontynuujmy naszą drogę pogłębiania wiary. Podczas poprzednich spotkań rekolekcyjnych mogliśmy się dowiedzieć, że wiara wymaga świętej obojętności i synowskiego posłuszeństwa, dzięki czemu staje się światłem dla umysłu, siłą dla woli, przewodnikiem opatrzności: „Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy” (Mk 9,23)!

Teraz będziemy się musieli zmierzyć się z trudniejszą prawdą: wiarą i cierpieniem, które jest potrzebne dla naszego dojrzewania (nie jest nam dane myśleć i żyć w sposób nadprzyrodzony) i dla naszego uzdrowienia (grzech jest ostatecznie brakiem wiary), ponieważ stale jesteśmy poddawani próbie (nie można wierzyć pod presją), a także z powodu zderzania się z siłami zła i działaniem złego (diabeł robi wszystko, by przeciwstawić wolę władzy woli służby, zaufanie do siebie samego zaufaniu do Boga, życie dla siebie samego życiu dla Boga).

Dlatego droga Jezusa była Drogą Krzyżową. I po to przeżywamy Wielki Post, aby wzmocnić naszą wiarę właśnie w Słowo Krzyża, które dla świata jawi się jako głupstwo i słabość, podczas gdy jest mądrością i mocą Bożą ( por. 1 Kor 1,25). I dlatego na początku Wielkiego Tygodnia Kościół zachęca nas do takiej oto modlitwy:

Wszechmogący, wieczny Boże, aby dać ludziom przykład pokory do naśladowania, sprawiłeś, że nasz Zbawiciel przyjął ciało i poniósł śmierć na krzyżu; daj nam pojąć naukę płynącą a Jego Męki i zasłużyć na udział w Jego zmartwychwstaniu (Kolekta z Niedzieli Palmowej).

Wyjaśnienia teologiczne

Wejdźmy w ten temat słowami papieża zawartymi w encyklice o wierze, gdzie od razu ukazany zostaje paradoks wiary, gdzie cierpienie jest zarówno zgorszeniem, jak i szansą; należy je jednocześnie zwalczać, jak i doceniać, łagodzić, jak i przemieniać:

„Mówienie o wierze często wiąże się z mówieniem o bolesnych próbach, ale św. Paweł właśnie to postrzega jako najbardziej przekonujące głoszenie Ewangelii, ponieważ to w słabości i cierpieniu objawia się i zostaje odkryta moc Boża, przewyższająca nasze słabości i nasze cierpienia… Chrześcijanin wie, że nie da się wyeliminować cierpienia, ale może ono nabrać sensu, może stać się aktem miłości, powierzeniem się w ręce Boga, który nas nie opuszcza, i tym samym być etapem wzrostu wiary i miłości” (LF 56).

Temat cierpienia jest ściśle powiązany z tematem wiary, ale nie jest to takie oczywiste dla „człowieka, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia”, a który „przyrównany jest do bydląt, które giną” (por. Ps 49, 21), jak i to, że właśnie „Krwią Jego ran zostaliście uzdrowieni” (1 P 2,24). Trudno się pogodzić z cierpieniem, to – zwłaszcza gdy dotyka niewinnych – od zawsze stanowi największy zarzut w kontekście wiary w Boga. Co więcej, gdy dotyka ono winnych, możemy to zrozumieć, ale trudno jest nam uwolnić się od fałszywego obrazu Boga mściwego i karzącego. Oto typowe zarzuty w tym względzie: jeśli Bóg istnieje i jest dobry, „dlaczego pozwala na zło?”, „dlaczego nie eliminuje złych?”, „dlaczego sprawia, że cierpimy?”, „dlaczego pozwala nam cierpieć?”, „dlaczego nie interweniuje?”, „a co ja zrobiłem złego, że spotkało mnie to nieszczęście?”, „dlaczego Bóg mnie karze?”… przecież Jezus przyszedł właśnie po to, aby uwolnić nas od bezpośredniego powiązania „zbrodni i kary” („jeśli jesteś chory, to twoja wina”, „choroba jest karą za twoje grzechy!”).

Tak więc w obliczu zła i cierpienia w kontekście wiary należy:

1. Przynajmniej rozróżniać, a nie utożsamiać ze sobą bólu, cierpienia, zła, tego, co złowrogie i krzyża:

– Ból jest nieodłącznym elementem skończoności i przemijalności rzeczy, związanym z grzechem pierworodnym, przez co „całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,22);

– Cierpienie jest zjawiskiem właściwie ludzkim i jest odzwierciedleniem tego, co robimy lub co nas spotyka, gdy jest to sprzeczne z naszym szczęśliwym powodzeniem;

– Zło moralne to coś, co istnieje, choć nie powinno: jako takie nie ma żadnego uzasadnienia, jest tym, czego ani Bóg, ani ludzie nie chcą i na co nie pozwalają, ale co nam jest dane z powodu naszej ograniczonej i skończonej wolności. Zło moralne jest „złem radykalnym” (Kant), naszą sprzecznością, naszym niszczeniem się własnymi rękami, naszą wolnością, która nas zniewala: „Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu” (J 8,34);

– Szatan nie jest uosobieniem zła, lecz istotą zdeprawowaną i deprawującą, we wszystkim niższą od Boga i całkowicie przez Niego pokonaną, ale potężniejszą i przebieglejszą od człowieka: nigdy nie należy wdawać się w dialog z diabłem, ponieważ robi on wszystko, by utrzymać nas w kręgu zła i winy;

– Krzyż jest sposobem, w jaki Jezus zmierzył się ze śmiercią, cierpieniem, złem i śmiercią, odnosząc zwycięstwo.

2. Należy przede wszystkim stwierdzić, że Bóg nie chce zła, nie zsyła zła i nie odpowiada złem na zło.

„Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności” (1 J 1,5);

„Ja nie pragnę śmierci występnego, ale jedynie tego, aby występny zawrócił ze swej drogi i żył” (Ez 33,11); „Kto doznaje pokusy, niech nie mówi, że Bóg go kusi. Bóg bowiem ani nie podlega pokusie ku złemu, ani też nikogo nie kusi” (Jk 1,13);
Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!” (Rz 12, 21).

3. Myślenie, że nie trzeba zmagać się z cierpieniem, jest złudne. Złudne jest też przekonanie, że wszystko jest w porządku ze mną lub w moim związku, gdy nie ma trudności, gdy wszystko idzie gładko. Uważajcie, ponieważ w trudnych chwilach kusiciel zrobi wszystko, aby nas oskarżać, przeszkadzać nam, sprawić, że stracimy wiarę i nadzieję, podczas gdy Jezus zrobi wszystko, aby nas pocieszyć, pomóc nam, sprawić, że wzrośniemy w wierze i nadziei.

Zasadniczo należy zmierzyć się z cierpieniem zarówno ze względów ewolucyjnych, jak i zbawczych:

Względy ewolucyjne: dojrzewanie w miłości. Traumatyczne są narodziny, traumatyczna jest śmierć, traumatyczna jest decyzja, traumatyczne jest nawrócenie: cierpi się, by się narodzić, cierpi się, by się odrodzić. Samo pragnienie jest źródłem cierpienia, ponieważ jest oczekiwaniem na spełnienie, które nie jest po prostu w naszym zasięgu. Są to rzeczy, które wymagają zmiany, przejścia od sytuacji, do której jesteśmy przyzwyczajeni, pozytywnej i wygodnej, a nawet negatywnej i niewygodnej, do sytuacji nowej, w której tracimy kontrolę, w której trzeba się uczyć, co budzi w nas strach i wymaga wysiłku. Dzieje się tak, ponieważ człowiek przerasta samego siebie: jest śmiertelny, ale przeznaczony do życia wiecznego, jest stworzeniem, ale przeznaczonym do uczestnictwa w życiu Stwórcy, chce chronić i ratować swoje życie, ale może to osiągnąć tylko wtedy, gdy je naraża i oddaje: „człowiek nie może odnaleźć się w pełni inaczej jak tylko poprzez bezinteresowany dar z siebie samego” (GS 24), „bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (Mk 8,35);

Względy zbawcze: uzdrowienie miłości. Do niestabilności naszej istoty jako stworzeń dochodzi zepsucie naszej grzesznej natury, które potęguje i zniekształca ludzkie cierpienie; człowiek nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału. Wszelkie zło i wszelkie zawinione cierpienie wynikają w gruncie rzeczy z pychy i egoizmu, z głupiego i gorączkowego poszukiwania samego siebie: narcyzm kontra ofiarność, afirmacja siebie kontra oddanie siebie. Istotnie, pierwsza pokusa, ta, która powoduje katastrofalny upadek wszystkich i każdego – grzech pierworodny – przedstawia się tak: „będziecie jak Bóg” (por. Rdz 3,5), co zniekształca oblicze człowieka (zaprzecza, że jest stworzeniem) i oblicze Boga (zazdrosny Bóg, który zatrzymuje rzeczy dla siebie); człowieka, który uważa, że powinien okradać Boga, zamiast przyjmować Jego dary. Stąd też ludzkość, która szuka „seksu, pieniędzy i władzy”, zamiast miłości „czystej, ubogiej i posłusznej”. W tym kontekście lepiej rozumiemy, że trzeba zaakceptować cierpienie związane z wyrzeczeniami, o których mówił sam Jezus: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia” (Łk 12,15)… „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem” (Łk 14,26).

4. Jezus skończył na krzyżu z dwóch ważnych, ściśle powiązanych ze sobą powodów: aby objawić prawdziwe oblicze Boga i odkupić oblicze człowieka; aby zapewnić o tym, że „Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności” (1 J 1,5); że Bóg jest absolutnie godny zaufania i nie ma w Nim nic arbitralnego ani despotycznego, nic sprzecznego z dobrem człowieka, a także po to, aby przywrócić obraz człowieka, jakim wyszedł z rąk Boga – życia nie naznaczonego strachem, kontrolą, obroną własnej osoby za wszelką cenę, niewrażliwego na dobro innych. Warto tutaj ponownie wsłuchać się w uroczyste słowa Pieśni Zachariasza: „Dzięki litości serdecznej Boga naszego. Przez nią z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju” (Łk 1,78-79).

Jezus pokonał zło i przemienił cierpienie, przechodząc przez nie od wnętrza życia ludzkiego, czyniąc to „dla nas ludzi i dla naszego zbawienia”. Już od urodzenia groziła mu śmierć, a potem przeżył 30 lat w ukryciu, niezrozumiany przez swoich krewnych, sąsiadów i przywódców religijnych swojego ludu; płacze przy grobie Łazarza i poci się krwią w obliczu swojej śmierci: „Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz doświadczonego we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4,15). I dalej: „A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają” (Hbr 4,8-9).

Jego arcydzieło – Krzyż stanowi szczyt Jego w pełni spójnego ziemskiego życia: tylko same czyny wyzwolenia od zła, żadnej próby ratowania samego siebie: wyzwalać innych, a siebie samego zniewalać! „Bóg namaścił Go Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła” (Dz 10,38). I uczynił to wszystko, cierpiąc za nas i bardziej niż my, dotknięty na ciele, duszy i duchu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46). I zwyciężył, ponieważ nie poddał się grzechowi i śmierci: „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą” (2 Kor 5,21); okazał miłość aż do końca, umierając w akcie wiary, nadziei, miłosiernej miłości. I obdarowując nas swoim Duchem właśnie dzięki swojej śmierci: „oddał ducha” (J 19,30), czyniąc nas zdolnymi do stawiania czoła złu w sposób, który nie jest destrukcyjny ani autodestrukcyjny. Oto sens Krzyża: nie jest to zwykłe cierpienie, ale cierpienie przeżywane w Jezusie i tak jak Jezus. Istnieje zatem dla wierzących coś takiego jak „ból zbawczy” (Jan Paweł II), cierpienie przemienione, nie dla własnej zguby, ale dla zbawienia innych, a także śmierć, która nie jest już utratą życia, ale darem życia.

5. W świetle wielkiej nauki Krzyża rozumiemy, dlaczego Bóg nie leczy wszystkich chorób: ponieważ nie tyle chodzi tu o zdrowie, lecz o zbawienie, nie tyle liczy się życie fizyczne, ile życie wieczne. Cierpienie może stać się okazją do pokonania własnej dumy, uznania własnej kruchości, porzucenia wszelkich roszczeń do samowystarczalności oraz nauczenia się, jak zdobyć się na miłość i troskę; okazją do tego, by nieco bardziej zapomnieć o sobie i troszczyć się o innych, by otworzyć się na czyny miłosierdzia, zamiast zamykać się w obsesyjnej trosce o siebie; sposobnością do wzrostu w cierpliwości i do ofiarowania cierpienia za innych, łącząc je z cierpieniem Pana, który zbawił nas właśnie swoją modlitwą i swoją ofiarą.

Wskazówki duchowe

Można przeprowadzić “lectio divina”, wychodząc od fragmentu Łk 7,18-35, który pozwala nam zrozumieć, że nasza wiara w Jezusa jest wiarą w Boga, który objawia swoje oblicze w dziełach wyzwolenia od zła i który w obliczu zła pokonuje zło dobrem. Jan Chrzciciel został ścięty, a Jezus ukrzyżowany, ale nie spotykamy u nich nic innego, jak tylko oddanie życia poprzez wszelkie możliwe gesty wyzwolenia od zła:

O tym wszystkim donieśli Janowi jego uczniowie. Wtedy Jan przywołał do siebie dwóch spośród swoich uczniów i posłał ich do Pana z zapytaniem: «Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?» Gdy ludzie ci zjawili się u Jezusa, rzekli: «Jan Chrzciciel przysyła do Ciebie z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?» W tym właśnie czasie wielu uzdrowił z chorób, dolegliwości i [uwolnił] od złych duchów; oraz wielu niewidomych obdarzył wzrokiem. Odpowiedział im więc: «Idźcie i donieście Janowi to, coście widzieli i słyszeli: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia i głusi słyszą; umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi».

Wskazówki wychowawcze

1. To wspaniałe uczyć młodych ludzi, jak z hartem ducha stawiać czoła własnemu cierpieniu i jak starać się łagodzić ból innych. Wspaniałą rzeczą jest pomagać młodym ludziom – dziś zbyt rozpieszczanym, nadmiernie chronionym i otoczonym wszelkiego rodzaju wygodami – w dziękowaniu nie tylko za dary, ale także za krzyże: „Człowiek, co w dostatku żyje, ale się nie zastanawia, przyrównany jest do bydląt, które giną” (Ps 49, 21).

2. W kontekście wychowania chrześcijańskiego w społeczeństwie zbyt nastawionym na rezultaty i rywalizację pilną sprawą jest pogłębienie zrozumienia centralnej roli ofiarowania siebie: należy zaakceptować swoje mocne strony i ograniczenia oraz dzielić się swoimi darami z innymi, w przeciwnym razie zawsze będziemy się czuć nieadekwatnie, źle, zawsze przytłoczeni.

3. Kilka sugestii w tym względzie:

a) zrozumienie, a nie natychmiastowe odpowiedzi. Ogólnie rzecz biorąc, dzieci (ale także my) w obliczu cierpienia potrzebują odczuć, że są zrozumiane, że im współczujemy. Jeśli nasze dzieci wyrażają smutek, warto pozostać przy nich i uspokoić je, mówiąc: „To normalne, że czujesz się smutny, zły lub zdezorientowany, gdy dzieją się rzeczy, które nam się nie podobają. Pamiętaj jednak, że jestem przy tobie i zapewniam cię, że Jezus cię rozumie, a zwłaszcza w takich chwilach ogarnia cię wielką czułością”;

b) ukazać Boga nie jako tego, który zsyła zło, ale jako tego, który nas od zła uwalnia. Często słyszy się: „stało się to, bo Bóg tak chciał; przyjmijmy wolę Bożą”. Nie jest to właściwe stwierdzenie. Wola Boża jest zawsze dobra, służy naszemu dobru;

c) zachęcać do konkretnych działań: modlić się razem za kogoś, kto cierpi, pomóc cierpiącym, trwać przez chwilę w ciszy; przywołać wydarzenia z życia Jezusa, w których On sam płacze, cierpi, pociesza; przywołać historie ludzi, którzy znaleźli siłę w wierze…

Ks. Roberto Carelli sdb

KONFERENCJA NA MARZEC 2026

Nasza wiara, wiara naszych dzieci

Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy” (Mk 9, 23): Wiara i Opatrzność

Przypomnijmy sobie poszczególne etapy naszej dotychczasowej drogi formacyjnej: Wprowadzenie: Wiara jest główną siłą napędową życia człowieka; 1) Wiara jako światło: nie jest przeciwieństwem rozumu, ale jego wzmocnieniem; wiara czyni mądrymi; 2. Wiara jako siła: nie jest przeciwieństwem wolności, ale jej wzmocnieniem; wiara czyni wolnym; 3. Wiara to nieufność wobec siebie i zaufanie Bogu: wiara wymaga świętej obojętności, gotowości do poddania się woli Boga, który całkowicie przewyższa nas mądrością i dobrocią. 4. Wiara to nie tylko przyjęcie prawdy Bożej, ale przede wszystkim osobista relacja z Bogiem, dlatego ma charakter posłuszeństwa: wzajemnej przynależności i zaufania człowieka i Boga.

Teraz stawiamy kolejny krok: posłuszeństwo wiary otwiera nas na wszystkie dary Boże, ponieważ oznacza ono bezgraniczne zaufanie Jego sprawiedliwej i miłosiernej dobroci, wszechmocy i opatrzności w wymiarze miłości. Mamy tu do czynienia z wiarą w Boga, który jest Opatrznością, Boga, który dosłownie „patrzy na nas dobrymi oczami”.

Opatrzność

1. Fundamentalnym założeniem jest, że Bóg istnieje i działa, jest Najwyższy, ale jest też nam Najbliższy, „Emmanuel”, zgodnie ze słowami św. Augustyna: „Ty zaś [Boże] byłeś głębiej wewnątrz mnie niż to, co we mnie najgłębsze, i wyżej niż to, co we mnie najwyższe”. Ale nie jest to teraz takie oczywiste, bowiem w kulturze zachodniej Bóg istnieje, ale nie ma znaczenia. Jest „Pierwszą Przyczyną” (Arystoteles), „Wielkim Architektem” (Kant), Tym, o którym nie można nic powiedzieć (Dionizy), niepojętym, o którym „nie można mówić, trzeba milczeć” (Wittgenstein). W kulturze wschodniej Bóg jest Świętym, Wszystkim, czymś nieokreślonym, a nie Osobą. Nie jest przypadkiem, że nowoczesna, zsekularyzowana kultura, sprzyjająca diabłu, zawsze odczuwa irytację wobec chrześcijańskiej nowiny o konkretnym Bogu, o Bogu, który stał się człowiekiem, o Duchu, który przenika Ciało.

«„Bóg, jeśli istnieje, nie ma tu nic do rzeczy”. Bóg nie ma nic wspólnego z konkretnym człowiekiem, z jego sprawami, problemami, dziedziną, w której człowiek jest miarą samego siebie, panem samego siebie, źródłem i wyobraźnią projektu oraz konkretnej energii do jego realizacji, w tym dyrektywy dotyczącej etyki. W odniesieniu do problemów ludzkich Bóg – jeśli istnieje – jest więc jakby nie istniał. W ten sposób zachodzi podział między sacrum a profanum” (L. Giussani).

2. Teraz jednak Bóg, który objawił swoje oblicze w Jezusie, jest Bogiem obecnym i działającym. Jest obecny i działa na wiele sposobów: a) ponieważ stworzenie odróżnia się od Boga, Bóg zawsze i wszędzie działa poprzez naturę, ludzi, wydarzenia, historię. On, który jest „pierwszą przyczyną”, działa zazwyczaj poprzez „przyczyny drugorzędne”: Bóg robi wszystko, sprawiając, że my wszystko robimy (Gozzelino); b) ponieważ Bóg jest wolny i stworzył nas wolnymi, Bóg działa w swojej opatrzności, działając zapobiegawczo, chroniąc, inspirując, prowadząc, docierając tam, gdzie my nie możemy dotrzeć. Czyni to sam lub poprzez pośredników, takich jak aniołowie, przyjaciele, nasze własne sumienie: „Bóg widzi i zadba”; c) Bóg działa poprzez swoje łaski, darmowe dary duchowe, wewnętrzną pomoc czy stopniowe uzdrowienia, które zachodzą w codziennym życiu i naszej historii; d) Bóg działa również poprzez cuda, nadprzyrodzone, natychmiastowe i niewytłumaczalne wydarzenia, które nie są sprzeczne z prawami natury, ale je zawieszają lub wzmacniają, czyniąc to dla naszego dobra, ku wsparciu naszej słabej wiary. Wszystko to jest rozsądne: każdy działa tak, jak potrafi, a Bóg działa po swojemu, jako Miłość Stwórcza i Odkupicielska. To oczywiste, że należy pozwolić Bogu być Bogiem, przekraczać nasze możliwości.

Opatrznością nazywamy ową czujną pieczę, jakiej doznają ze strony Boga wszystkie jestestwa. Jest więc Opatrzność dziełem Bożej woli, która układa celowo bieg wszystkich rzeczy. A jeśli Opatrzność jest dziełem woli Bożej, to niewątpli wie wszystko, co się dzieje z jej zrządzenia, dzieje się prawidłowo i w sposób najlepszy, prawdziwie godny Boga, i w żadnym wypadku nie mogłoby się dziać lepiej.

Jest przy tym rzeczą zrozumiałą, że tylko Stwórca wszystkich istnień może roztaczać nad nim i tego rodzaju Opatrzność i byłoby niedorzecznością przypuszczać, że ktoś inny je stworzył, a znów ktoś inny ma o nie staranie. Wynikałoby stąd najoczywiściej, że w takim razie jeden i drugi nie miałby dość mocy: jeden, by stworzyć, drugi, by wszystko objąć Opatrznością.

Do jednego więc Boga jako Stwórcy należy także Opatrzność. Jest ona tą samą mocą, co moc, która wszystko stworzyła i zachowuje w istnieniu, a płynie z woli Bożej, pełnej dobroci. Albowiem, „wszystko, co chciał; uczynił Pan na niebie i na ziemi” (Ps 134,6) i nie m a nikogo, „kto by się sprzeciwił Jego woli” (Rz 9,19). On chciał, by powstało wszystko, i powstało. Chce, by świat trwał, i trwa. I wszystko się dzieje, co On chce. Fakt zaś, że Bóg istotnie sprawuje tę Opatrzność, można by wykazać bardzo prosto w ten sposób: ze swej natury sam tylko Bóg jest dobry i mądry, lecz jeśli dobry, to i troskliwy, bo inaczej nie byłby dobry. Przecież i ludzie, a nawet zwierzęta, mają z natury staranie o swoje potomstwo i na naganę zasługuje każdy, kto pod tym względem jest niedbały. A jako mądry, troszczy się Bóg dla swoich stworzeń o to, co najlepsze.

Wiedząc więc o tym, powinniśmy wszystkie dzieła Opatrzności dostrzegać z podziwem, wszystkie wysławiać i wszystkie bez dociekliwości przyjmować, choćby się czasem komuś wydawały niesłuszne, co pochodzi stąd, że planów Opatrzności nie znamy i nie możemy ich pojąć, gdy tymczasem Bogu wiadome są doskonale nasze myśli, czyny i to, co ma nas spotkać w przyszłości. Ale gdy mówię o „wszystkich dziełach” Opatrzności, nie mam na myśli czynów, których sprawcami jesteśmy my sami, gdyż one nie płyną ze zrządzeń Bożej Opatrzności, tylko z naszej wolnej woli.

Jednak w zakres Opatrzności wchodzą nie tylko sprawy zgodne z Bożym upodobaniem, lecz i takie, które dzieją się z Bożego dopuszczenia. Zgodnie z Bożym upodobaniem dzieje się wszystko to, co bezspornie jest dobre. Z Bożego zaś dopuszczenia… Często Bóg dopuszcza, że nawet sprawiedliwego dotkną nieszczęścia, a to w tym celu, by ukryt jego cnota wyszła na jaw wobec ludzi. Tak było w przypadku Hioba (Hi 1,12). Kiedy indziej [Bóg] dopuszcza, że staje się coś niegodziwe go, aby mimo niegodziwości czynu spełniły się sprawy wielkie i zdumiewające. Tak przez czyn ukrzyżowania dokonało się ludzkie Odkupienie. Winnym znów przypadku dopuszczenia człowiek ze wszech miar prawy doznaje przykrych pokus, by go utwierdziły w czystym jego sumieniu lub nie pozwoliły mu popaść w zarozumiałość z powodu mocy i łaski, jakiej dostąpił. Tego doświadczył Apostoł Paweł.

Albo też ktoś doznaje opuszczenia na czas jakiś dla zbudowania drugich, aby zastanawiając się nad jego losem, wzięli

stąd zachętę do dobrego. Tak było z Łazarzem i bogaczem. Jest bowiem naturalne, że na widok tego, co inni przeżywa ją, sami się reflektujemy. Może również cierpieć ktoś opuszczenie nie z powodu grzechów własnych czy grzechów swoich rodziców, lecz dla czyjejś chwały – jak ów ślepy od urodzenia cierpiał dla chwały Syna Człowieczego. Niekiedy dopuszcza Bóg na kogoś cierpienie dla obudzenia zapału u innych, ponieważ rozgłos chwały cierpiącego sprawi to, że i oni przyjmą cierpienie bez lęku, ożywieni nadzieją chwały wiecznej i pragnieniem wiecznych dóbr. Ten cel miały cierpienia męczenników.

Czasem nawet Bóg dopuszcza, że ktoś popełni czyn hańbiący, który w, następstwie ratuje go od zła jeszcze większego. Oto, na przykład, ktoś popadł w zarozumiałość z powodu swoich cnót i dobrych uczynków, a Bóg dozwala, że plami się on grzechem nieczystym, by na skutek tej klęski mógł sobie uświadomić własną słabość, ukorzyć się i po opamiętaniu się wielbić Pana.

Należy, pamiętać o tym, że wybór czynów, które mamy zamiar spełnić, pozostaje w naszej mocy, lecz dokonanie ich – gdy chodzi o czyny dobre – zawisło od pomocy Boga, który jej sprawiedliwie udziela pragnący szczerze dobra (co wiadome jest Mu naprzód dzięki Jego wszechwiedzy). Dospełnienia zaś czynów złych dochodzi w wypadku opuszczenia przez Boga, który podobnie sprawiedliwie (w oparciu o uprzednią swą wiedzę) opuszcza [człowieka złej woli].

Lecz opuszczenie może być dwojakie: jedno zapobiegawcze i wychowawcze, drugie – ku zupełnemu odrzuceniu. Pierwsze zmierza do poprawy, zbawienia i chwały człowieka, którego dotknęło, lub do obudzenia czujności i ostrożności u innych, lub wreszcie ma posłużyć na chwalę Bożą. Drugie następuje wówczas, kiedy Bóg uczynił wszystko dla ocalenia człowieka, a on w swoim uporze i nieposłuszeństwie nie dba o poprawę, a ściślej – woli pozostać niepoprawnym. Wtedy popada w ostateczną zgubę, jak Judasz. Oby Bóg był dla nas litościwy i zachował nas ód takiego opuszczenia!

Wiedzmy o tym, że są bardzo różne sposoby działania Bożej Opatrzności, których ani słowem nie można wypowiedzieć, ani pojąć rozumem.

I to jeszcze, że wszystkie zdarzenia przykre, jeśli przyjmujemy je z dziękczynieniem, pomagają nam do zbawienia i niosą w darze niewątpliwą korzyść.

Wreszcie [wiedzmy i to], że Bóg chce już z góry, by wszyscy ludzie osiągnęli zbawienie i dostali się do Jego Królestwa. Nie po to bowiem nas stworzył, by karać, lecz po to – jako dobry – byśmy dostąpili, udziału w Jego dobru. A że chce kary dla grzeszników, to dlatego, iż jest sprawiedliwy.

W pierwszym wypadku mówimy o Jego woli wyprzedzającej [nasze czyny], i o upodobaniu. Ta wola zależy od Niego. W wypadku drugim wolę Jego nazywamy następczą i dopuszczającą, gdyż przejawia się w konsekwencji naszych postępków. I ona znowu może być dwojaka: albo zapobiegająca i wychowawczą – ku zbawieniu; albo też skazująca na nieodwołalną karę, jak już mówiliśmy. To wszystko jest zupełnie niezależne od naszej woli.

W zakresie zaś tego, co od naszej woli zależy, Bóg chce dobrych naszych czynów wolą swoją wyprzedzającą i upodo baniem. Złych natomiast, tj. takich, które są złe istotnie, nie chce ani wolą wyprzedzającą, ani następczą, lecz tylko dopuszcza je, szanując naszą wolność. Cokolwiek bowiem działoby się z przymusu, nie byłoby działaniem rozumnym ani też żadną cnotą…

Bóg obejmuje Opatrznością każde stworzenie i przez każde sprawia jakieś dobro i wychowuje nas, nawet przez złe duchy często, jak to było w przypadku Hioba i w zdarzeniu ze stadem wieprzów – Mt 8,30 (Jan Damasceński).

3. Wiara w Opatrzność jest najpotężniejszą rzeczą, jaką mamy do dyspozycji dla zbawienia i powodzenia naszego życia, ponieważ daje nam dostęp do darów Boga, który ze swojej strony pragnie jedynie dzielić się nimi z nami. W świetle Ewangelii jasno widać, że moc Boża nie działa bez wiary, a kiedy jest wiara, nawet najmniejsza, Pan może działać, ale tylko z naszym udziałem: „Twoja wiara cię uzdrowiła” (Łk 17,19 i 18,42).

Tym, co ma zrobić Abraham, jest powierzenie się Słowu. Wiara rozumie, że słowo, rzecz pozornie krótkotrwała i ulotna, gdy wypowiedziane jest przez Boga wiernego, staje się rzeczą najbardziej pewną i niewzruszoną ze wszystkich, tym, co sprawia, że możliwa jest nasza dalsza wędrówka w czasie… Wielka próba wiary Abrahama, złożenie w ofierze syna Izaaka, pokazuje, do jakiego stopnia ta pierwotna miłość zdolna jest zagwarantować życie także po śmierci (LF 10.11).

4. Delikatną kwestią duchową jest to, że zazwyczaj – jak widzieliśmy – Bóg wszystko czyni, sprawiając, że my wszystko wykonujemy. Dlatego też angażowanie się z całych sił i oddanie się z całego serca muszą iść w parze. W tradycji chrześcijańskiej brzmi to tak: „pomóż sobie, a niebo ci pomoże”, a w tradycji salezjańskiej następująco: „stopy na ziemi, a serce w niebie”, „rób wszystko tak, jakby to zależało od ciebie, wiedząc dobrze, że wszystko zależy od Boga”. Oczywiście, trzeba też przy tym zachować czujność, aby to nasze zaangażowanie nie przerodziło się w sekularyzm, jakby Boga nie było, a zaufanie nie przerodziło się w spirytualizm, jakby wolność człowieka nie miała żadnego znaczenia. Ryzyko istnieje, ponieważ w obliczu trudnych sytuacji jesteśmy kuszeni, aby udawać, że nic się nie dzieje, odpuścić, nie angażować się i nie ufać… ryzykujemy, że powiemy, iż to nas nie dotyczy, a Bóg się tym nie przejmuje.

5. W Wiązance na ten rok Przełożony Generalny, rozważając biblijną scenę wesela w Kanie, podaje pewne sugestie i wskazania.

I tak, odnosząc się do czasownika „patrzeć”, pisze:Maryja nie była „neutralnym” gościem.Była uważna i żywo zainteresowana tym, co działo się wokół Niej. Mówiąc obrazowo, ale treściwie, możemy stwierdzić, że Maryja weszła w czas i historię tych, którzy chcieli, aby była gościem na ich uczcie weselnej. Maryja bardzo łatwo mogła zadecydować, że nie powinna się wtrącać, chociaż przeczuwała smutne konsekwencje braku wina.

I tutaj pojawia się pierwszy aspekt, w odniesieniu do którego my – jako naśladowcy Jezusa – powinniśmy zadać sobie następujące pytania: w jakim stopniu czujemy się wezwani do działania w kontekście wydarzeń historycznych, których doświadczamy, i w miejscach, w których żyjemy? Jaką postawę zajmujemy w sytuacji, gdy równie dobrze możemy zachować dystans, mówiąc „to mnie nie dotyczy”, „to nie moja sprawa”?… Na polu wychowawczo-duszpasterskim ten wybór Maryi jest dla nas mocnym, z zarazem serdecznym wezwaniem, abyśmy nie popadli w tę obojętność, która nie tylko usprawiedliwia pewne zachowania, ale także biernie i pośrednio im sprzyja. Ileż razy spotykamy nawet tak zwanych „ludzi Kościoła”, którzy w obliczu dramatu uchodźców, biednych, bezbronnych wybierają swój dobrostan, postrzegając ich jedynie jako problem i osoby nic niewarte… Ile razy zdarza się nam, że w obliczu nieoczekiwanych, niewygodnych dla nas sytuacji, zamiast stawić im czoła z siłą pogody ducha i apostolską pasją, dystansujemy się od nich, zbyt łatwo się usprawiedliwiając! Niebezpieczeństwo polega na tym, że stopniowo ta inercja duszpasterska może stać się „kulturą” także w odniesieniu do nas. Oczekujemy – i żądamy usilnie – aby inni zrobili, co do nich należy, być może zrzucając na nich całą winę, i w ten sposób uspakajamy nasze sumienia, uważając, że w tym względzie nie mamy nic do zaoferowania lub że to nie jest nasza sprawa (F. Attard)

Zaś w odniesieniu do czasownika „słuchać” w ten sposób:

Maryja, uważna na to, co dzieje się wokół Niej, mówi do sług: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie” (w. 5). Prośba jest jasna i prosta. Ale dobrze wiemy, że jest też bardzo wymagająca. Chodzi nie tylko o rozpoznanie wydarzeń w kontekście ich pilnych i naglących potrzeb, ale także o odczytanie ich w świetle wiary w Chrystusa. Zazwyczaj same wydarzenia odczytujemy dobrze, czyniąc to w sposób profesjonalny i kompetentny, opierając się na dobrze przeprowadzonych i precyzyjnych analizach, gdy chodzi – że tak powiem – o poziom „horyzontalny”. Ale dla nas, którzy podążamy za Jezusem, temu poziomowi – którego nigdy nie powinno zabraknąć – musi koniecznie towarzyszyć poziom „pionowy”. Jakże łatwo wtedy, gdy reagujemy na różne sytuacje kryzysowe, możemy dać się pochłonąć gorączkowej działalności na rzecz biednych i potrzebujących, wpadając w przepaść aktywizmu, nie mając przy tym czasu, by spojrzeć na twarze tych, którym służymy, ani nawet na twarz Tego, który nas powołał, abyśmy służyli im w Jego imieniu!(F. Attard).

6. W świetle wiary wiemy, że Opatrzność Boża jest obecna i działa, że można ją wzywać, że nas słucha i spełnia nasze prośby nawet w stopniu o wiele większym, niż się tego spodziewamy. W wymiarze teologicznym doświadczamy tego, czego chrześcijaństwo doświadczało od zawsze, a mianowicie, że Opatrzność działa w sposób nieproporcjonalny: „temu, kto robi wszystko, co w jego mocy, Bóg nie odmawia swojej łaski”! Istnieje też pokusa, że powiemy: „modliłem się, a Bóg mnie nie wysłuchał”. A w gruncie rzeczy często modlimy się mało i źle, nie wiemy, o co prosić, a jeszcze mniej wiemy, co dokładnie jest dla nas dobre: wiara to pozostawienie wszystkiego Bogu! Również tutaj inspiracją jest fragment z Wiązanki, tym razme odnoszący się do czasownika „wybierać”, przywołujący fakt, że słudzy, poproszeni przez Marię, napełniają dzbany po brzegi, co jest wyrazem bezwarunkowej wiary i całkowitego zaufania:

I tutaj pojawia się wezwanie, aby unikać niebezpieczeństwa, jakim jest dostosowanie wiary do dominującej kultury. Prorocki wymiar naszego posłannictwa musi uwzględniać obecny kontekst, który „ciągnie w dół”, stawiający na natychmiastowość, użyteczność i korzyść, przynoszący zadowolenie tu i teraz, dla którego liczy się to, co najwygodniejsze. Faktem jest, że słowa Jezusa, jakie skierował do sług, mogły być jedynie „odebrane” i „potraktowane” po ludzku, z nieufnością, co byłoby w tym przypadku jak najbardziej na miejscu i „rozsądne”. Ale wtedy rezultat byłby zupełnie inny, co łatwo można sobie wyobrazić (F. Attard).

Twoja wiara cię ocaliła

Proponuję w tym miejscu przeprowadzić krótką “Lectio Divina” na temat dwóch cudownych uzdrowień opisanych w Ewangelii św. Łukasza, gdzie moc wiary daje znać o sobie w kontekście niezbędnego powiązania wspaniałomyślnej gotowości Boga i dyspozycji człowieka:

Gdy Jezus powrócił, tłum przyjął Go z radością, bo wszyscy Go wyczekiwali.A oto przyszedł człowiek, imieniem Jair, który był przełożonym synagogi. Upadł Jezusowi do nóg i prosił Go, żeby zaszedł do jego domu.Miał bowiem córkę jedynaczkę, liczącą około dwunastu lat, która była bliska śmierci. Gdy Jezus tam szedł, tłumy napierały na Niego.A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi; całe swe mienie wydała na lekarzy, a żaden nie mógł jej uleczyć.Podeszła z tyłu i dotknęła się frędzli Jego płaszcza, a natychmiast ustał jej upływ krwi.Lecz Jezus zapytał: «Kto się Mnie dotknął?» Gdy wszyscy się wypierali, Piotr powiedział: «Mistrzu, to tłumy zewsząd Cię otaczają i ściskają».Lecz Jezus rzekł: «Ktoś się Mnie dotknął, bo poznałem, że moc wyszła ode Mnie».Wtedy kobieta, widząc, że się nie ukryje, zbliżyła się drżąca i upadłszy przed Nim opowiedziała wobec całego ludu, dlaczego się Go dotknęła i jak natychmiast została uleczona.Jezus rzekł do niej: «Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!»

Gdy On jeszcze mówił, przyszedł ktoś z domu przełożonego synagogi i oznajmił: «Twoja córka umarła, nie trudź już Nauczyciela!»Lecz Jezus, słysząc to, rzekł: «Nie bój się; wierz tylko, a będzie ocalona».Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, oprócz Piotra, Jakuba i Jana oraz ojca i matki dziecka.A wszyscy płakali i żałowali jej. Lecz On rzekł: «Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi».I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła.On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: «Dziewczynko, wstań!»Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść.Rodzice jej osłupieli ze zdumienia, lecz On przykazał im, żeby nikomu nie mówili o tym, co się stało Gdy On jeszcze mówił, przyszedł ktoś z domu przełożonego synagogi i oznajmił: «Twoja córka umarła, nie trudź już Nauczyciela!» Lecz Jezus, słysząc to, rzekł: «Nie bój się! Wierz tylko, a będzie ocalona». Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, poza Piotrem, Jakubem i Janem oraz ojcem i matką dziecka. A wszyscy płakali i zawodzili nad nią. Lecz On rzekł: «Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi». I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła. On zaś, ująwszy ją za rękę, rzekł głośno: «Dziewczynko, wstań!» Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść. Rodzice jej osłupieli ze zdumienia, lecz On przykazał im, żeby nikomu nie mówili o tym, co się stało (Łk 8,40-56).

Mamy tutaj do czynienia z pospolitością oraz dominacją zła, choroby i śmierci, do tego stopnia, że stają się one czymś naturalnym, oczywistym, powodem do rezygnacji z wszelkich działań, a nawet bardzo ściśle kojarzone są z winą, stając się w ten sposób przedmiotem kary.

Zaskakująca i potężna jest tutaj kreatywność Boga, który odnawia wszystko, co skazane jest na śmierć, który widzi i troszczy się o wszystko wejrzeniem miłości i miłosierdzia.

Wskazówki wychowawcze

1. Aby stworzyć przestrzeń zaufania do Bożej Opatrzności, należy przede wszystkim przywrócić dzieciom poczucie tajemnicy, rzeczywistości świata objętego błogosławieństwem Boga: Tajemnica jest pierwszym elementem wychowania do wiary. Nie chodzi tu wcale o podważanie wielkości odkryć naukowych, ale o podkreślenie, że im bardziej poszerzają one zakres tego, co znane, widzialne i prawdopodobne, tym bardziej ukazują nam mroczną i mglistą otchłań, która stanowi granicę całej naszej wiedzy i doświadczeń. Tajemnica nas ogarnia, trzyma w sobie, traktuje nas jak jej część. W przeciwieństwie do problemu, wobec którego możemy stanąć z zewnątrz i znaleźć praktyczne rozwiązania, tajemnica pozostaje poza nami i w nas, jest wewnętrznym echem głębokiego pytania egzystencjalnego, które prowadzi nas dwiema drogami św. Augustyna, tą ku głębi duszy i tą ku głębokiej tajemnicy boskości… światło i droga… Wiara dostarcza odpowiedzi, bardzo głębokich i uniwersalnych, ale odpowiedzi te muszą być odkrywane od czasu do czasu przez każdego z nas… Czas oczekiwania, dojrzewania, może być przeciwstawiony natychmiastowości odpowiedzi, które niestety niektóre powszechne modele edukacyjne proponują chłopcom i dziewczętom (Mantegazza).

2. Młodzi ludzie często ulegają pokusie zniechęcenia jeszcze przed podjęciem wyzwań i stawieniem czoła trudnościom, mówiąc: „nie potrafię”, „nie mam na to ochoty”, „nie dam rady”. Zachęcajmy ich, aby zwracali się do Boga i prosili o wszystko, ale przede wszystkim o Ducha Świętego z jego siedmioma darami: Duch Święty jest bowiem Darem darów, Darem, który porządkuje inne dary, pomaga nam odpowiednio podchodzić do zysków i strat, bogactwa i ubóstwa, sukcesów i porażek. Dotyczy to również rodziców i wychowawców: to Duch Święty uczy nas dbać i odpuszczać sobie, kochać i przeżywać rozstania.

3. W pedagogice wiary ważne jest uświadomienie młodym ludziom, że Bóg działa w sposób zwyczajny i niezwykły poprzez codzienne obcowanie ze Słowem Bożym i przyjmowanie sakramentów. Ksiądz Bosko był o tym przekonany: „można mówić, co się chce o wychowaniu, ale nie uważam, że może ono być naprawdę skuteczne bez spowiedzi i komunii świętej”.

4. Dzisiaj wydaje się, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki: jednym kliknięciem można znaleźć wszystko, czego się pragnie. Ale jest coś, czego świat nie może dać: nadzieja, która nie zawodzi; pokój, który przetrwa burze; radość, która nie zależy od rzeczy materialnych; życie wieczne. To są dary od Boga. Jako rodzice jesteśmy powołani, aby przekazać tę prawdę naszym dzieciom: nie wszystko można kupić, nie wszystko można znaleźć w Internecie. Wiara nie jest ograniczeniem, ale kluczem, który otwiera drzwi do tego, co niemożliwe. Czy pomagamy naszym dzieciom odkrywać i korzystać z narzędzi, które Bóg nam daje, aby pozostać w relacji z Nim – modlitwa, Słowo, sakramenty – czy też pozwalamy im szukać gdzie indziej tego, co tylko Bóg może dać?

Wskazania Przełożonego Generalnego dotyczące rozpoznawania i współpracy z Bożą Opatrznością

Pierwszeństwo Słowa nad słowami: nie od razu nauka i zrozumienie, ale gotowość i otwartość.

Najpierw skierować się ku Innemu, a potem ku drugiemu i następnemu…

Chociaż często mówi się, że kochać bliźniego to jak kochać Chrystusa, i chociaż Ewangelia stwierdza to w sposób zdecydowany i stanowczy, to jednak utożsamianie ubogiego z Chrystusem nie jest wcale łatwe. Wielcy święci miłosierdzia świadczą o tym, że miłosierdzie nie jest zwykłą miłością do człowieka, ale dzieleniem się samym życiem Boga… Miłość Księdza Bosko do młodzieży nie ma innej racji niż jego „poświęcenie” się dla młodych ludzi. Sen dziewięciolatka jest drogą do przekierunkowania jego miłości, gdzie nie chodzi jedynie o przejście od bicia do łagodności, ale przede wszystkim o przejście od okazywania miłości kolegom w formie indywidualnej do okazywania jej w formie gotowości do okazania miłości Chrystusa, której nauczył się właśnie od Nauczycielki, którą On mu dał…

Kontemplować, a nie tylko analizować… Tak więc nasze projekty nie tyle są wynikiem określonej strategii, obserwacji rzeczywistości, wspaniałomyślnych odruchów na rzecz innych, ale przede wszystkim wynikiem kontemplacji, czyli przyjęcia tego samego punktu widzenia, co Bóg… potrzebujący. Kontemplacja oznacza zatem przyjęcie spojrzenia Boga, widzenie tak, jak widzi Bóg, i posiadanie takich samych uczuć jak Jezus, jedyny, który widzi i zna Ojca, i zawsze wypełnia Jego wolę. Czy uczeń może być większy od Mistrza, żyć w inny sposób, aby poszerzać Królestwo? Jakże często, co ze smutkiem należy stwiedzić, grozi nam niebezpieczeństwo zaangażowania duszpasterskiego, które nie jest zakorzenione w życiu modlitwy, przyjęcia…

Przekraczać granice… Taka otwartość przekracza granice: geograficzne, kulturowe, psychologiczne, religijne. Prawdziwa otwartość jest zawsze „exodusem”, wyjściem poza siebie, poza własne schematy, poza własny język duchowy… Jeśli prawdą jest, że żaden charyzmat, żadna siła wiary nie może istnieć, jeśli nie jest wcielona w kulturę, to prawdą jest również, że żadna kultura nie może ograniczyć mocy Bożego powołania i Jego miłości… Każde nasze spojrzenie na świat jest ograniczone i ograniczające. Każdy z nas ma granicę, poza którą nie chce wychodzić lub za którą dostrzega tylko negatywne strony, wrogość, niebezpieczeństwa, niepewność, bezużyteczność, zagrożenia. Tylko Boże wezwanie do całkowitej otwartości, tylko kontemplacja świata oczami Ducha sprawia, że nieznane staje się „naszym domem”… Jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do mierzenia się tylko tym, co robimy, myślimy lub osiągamy, kończymy na tym, że skupiamy się lub kierujemy wzrok na sobie, łudząc się, że znamy siebie lepiej i widzimy więcej… Maryja szybko rusza w drogę i skupia całe swoje życie na potrzebach Elżbiety… Prawdziwa gotowość to poświęcenie, „wywłaszczenie siebie”, którego źródłem jest odwaga, aby stać się przedmiotem refleksji, zrezygnować z siebie, nawet jeśli wydaje się to stratą. Jest to dynamika „kenosis”, która przynosi owoce (F. Attard).

Ks. Roberto Carelli SDB

KONFERENCJA NA LUTY 2026

Nasza wiara, wiara naszych dzieci

Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana” (Łk 1, 45): wiara i posłuszeństwo

Przypomnijmy sobie poszczególne etapy naszej dotychczasowej drogi formacyjnej: Wprowadzenie: Wiara jest główną siłą napędową życia człowieka; 1) Wiara jako światło: nie jest przeciwieństwem rozumu, ale jego wzmocnieniem; wiara czyni mądrymi; 2. Wiara jako siła: nie jest przeciwieństwem wolności, ale jej wzmocnieniem; wiara czyni wolnym; 3. Wiara to nieufność wobec siebie i zaufanie Bogu: wiara wymaga świętej obojętności, gotowości do poddania się woli Boga, który całkowicie przewyższa nas mądrością i dobrocią.

Kontynuujmy tę naszą drogę…

Wiara jako posłuszeństwo

Pismo Święte i Katechizm słusznie mówią o „posłuszeństwie wiary”, o posłuszeństwie, które jest wiarą. Istotnie, wiara przyjmuje formę posłuszeństwa, ale tego posłuszeństwa nie należy mylić z ślepym podporządkowaniem się woli innych. Jak sugeruje samo słowo („posłuszeństwo” pochodzi od łacińskiego ob-audire), być posłusznym oznacza stanąć przed drugim człowiekiem, wsłuchać się w jego słowa, a zatem być w relacji z nim, należeć, przynależeć i szanować tę znaczącą i fundamentalną relację, jaką jest posłuszeństwo Bogu Stwórcy, własnym rodzicom, współmałżonkowi, a przede wszystkim czynić to w kontekście miłości oblubieńczej Chrystusa, Oblubieńca Kościoła, który z kolei jest Jego Oblubienicą.

Św. Paweł używa klasycznego wyrażenia: fides ex auditu, „wiara rodzi się z tego, co się słyszy” (Rz 10,17). „Poznanie związane ze słowem jest zawsze poznaniem osobistym, rozpoznającym głos, otwierającym się na niego w wolności i idącym za nim w posłuszeństwie. Dlatego święty Paweł mówi o „posłuszeństwie wiary” (por. Rz 1,5; 16,26)… Słuchanie wskazuje na osobiste powołanie i posłuszeństwo, a także na fakt, że prawda objawia się w czasie; wzrok umożliwia pełny ogląd całej drogi i pozwala wpisać się w wielki Boży plan; bez tego oglądu dysponowalibyśmy jedynie odosobnionymi fragmentami nieznanej całości” (Lumen fidei II, 29).

Posłuszeństwo, podobnie jak wiara, nie jest przeciwieństwem rozumu i wolności, ale jest rozumem i wolnością w świetle synowskiej i oblubieńczej miłości, to znaczy przyjmuje punkt widzenia tego, kto zrozumiał, że bazujemy na uczuciach, że nasza tożsamość buduje się i rozwija w więziach, a nie bez więzi, nie pomimo więzi, nie wbrew więziom. Posłuszeństwo oznacza uznanie, że nie sami sobie daliśmy życie, że zawdzięczamy je innym: posłuszeństwo powinno być przeżywane w kategoriach wdzięczności. Krótko mówiąc, dobrze rozumiane posłuszeństwo jest formą miłości!

Zdajemy sobie sprawę, że w kontekście obecnej kultury posłuszeństwo nie jest postrzegane jako cnota. Należy jednak uświadomić sobie, że bez posłuszeństwa wolność nie będzie mieć żadnych ograniczeń i więzi, ostatecznie pogrążając się w samotności i strachu. Bez posłuszeństwa relacja między prawem a pragnieniem nie będzie zdrowa, popada w (nerwicową) inhibicję lub (psychotyczną) dezinhibicję, bunt lub niezdecydowanie. Wolność człowieka zawsze służy komuś lub czemuś. Jeśli straci się ojców, będzie się miało wielu panów, a jeśli odmówi się służenia Bogu, stanie się niewolnikiem wszystkiego: „gdy człowiek przestaje wierzyć w Boga, może uwierzyć we wszystko”! (K. Chesterton).

Bycie posłusznym, i to posłusznym tak, jak tego chce Bóg, może być trudne, ponieważ wiele zależy od tego, jak bardzo jesteśmy wolni w naszych relacjach. Ogólnie rzecz biorąc, posłuszeństwo może być trudne, ponieważ poleganie na słowie, świadectwie i doświadczeniu innych wydaje się być rezygnacją z samodzielnego myślenia lub samodzielnego działania. Wprawdzie pod kontrolą mamy niewiele rzeczy, a mimo to boimy się utraty tej kontroli. Zaś posłuszeństwo sprawia, że stajemy się bardziej stali i wolni: mówiąc w uproszczeniu, im więcej otrzymujemy, tym więcej mamy, a im więcej mamy, tym więcej dajemy! Widzimy więc, że posłuszeństwo wiąże się z postrzeganiem życia jako daru, jako wymiany darów. Czysta autonomia jest utopią i błędem, dosłownie nie ma takiej ani w niebie, ani na ziemi.

Posłuszeństwo może być trudne, ponieważ bycie dzieckiem, bycie małżonkiem nie jest łatwe: trzeba pogodzić ze sobą relacje, ograniczenia i swobodę. Z jednej strony zachodzi ryzyko uzależnienia, z drugiej ryzyko arbitralności; nasz sposób bycia w świecie zależy w ogromnym stopniu od relacji, jakie mieliśmy z mamą i tatą lub jakie mamy z naszym małżonkiem, z drugiej zaś strony ryzykujemy, że będziemy zazdrośni o nasze ja, zamknięci w sobie, zniewoleni przez naszą dumę, nasze potrzeby, nasze pragnienia. Istotnie, posłuszeństwo jest formą miłości.

Posłuszeństwo definiuje wiarę do tego stopnia, że stanowi fundamentalną cechę duszy Jezusa i Maryi. Jezus mówi: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4, 34). I dalej: „A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają” (Hbr 5,8-9). Zaś Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38). I jeszcze: „Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana” (Łk 1,45).

Refleksje duchowe

Wiara Jezusa. Przede wszystkim posłuszeństwa uczy nas sam Jezus w pięknej przypowieści o miłosiernym Ojcu opowiedzianej w Łk 15,11-32, którą można nazwać przypowieścią o „trzech synach”. Mamy tam Syna doskonale posłusznego, który odnosi się do patologii naszego posłuszeństwa. Spotykamy nieposłuszeństwo i zepsucie serca (młodszy syn), niewolnicze posłuszeństwo i zatwardziałość serca (starszy syn) oraz synowskie posłuszeństwo i piękno miłosiernego serca (Syn).

– Młodszy syn odzwierciedla wolność bez posłuszeństwa: „Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał”.

– Starszy syn odzwierciedla posłuszeństwo bez wolności: „Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę”.

– I mamy wspaniały gest: „Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął, a odnalazł się”. Hojność Boga w darowaniu i w przebaczaniu!

– A także niepokojący aspekt: młodszy syn wraca do siebie, młodszy syn zamyka się w sobie!? Dostrzegamu tu w tle historię Izraela i wyrok śmierci na Jezusa…

Wiara Maryi. Maryja jest najlepszym wzorem posłuszeństwa wiary; jest doskonałą uczennicą, która przebyła najpiękniejszą drogę wiary. Tak jak Jezus, który, będąc Synem Bożym, był posłuszny „aż do bólu”, tak Maryja, będąc wolna od wszelkiego grzechu, nie była zwolniona z bolesnej drogi wiary.

Również Maryja „szła naprzód w pielgrzymce wiary i utrzymała wiernie swe zjednoczenie z Synem aż do krzyża, przy którym nie bez postanowienia Bożego stanęła (por. J 19,25), najgłębiej ze swym Jednorodzonym współcierpiała i z ofiarą Jego złączyła się matczynym duchem, z miłością godząc się, aby doznała ofiarniczego wyniszczenia żertwa z Niej narodzona” (LG, 58). Od Maryi uczymy się, że to posłuszeństwo wiary nie oznacza, że wszysto rozumiemy. Ale nie rodzi to niepokoju, ale spokój, ponieważ tak właśnie postępuje Bóg (por. Mała mariologia G. Forlai).

Bóg nie marnuje światła i nie zapala latarni tylko na odcinku drogi, który jesteśmy gotowi pokonać. Im bardziej się wystawiamy na to światło, tym bardziej Ojciec Niebieski oświetla nam drogę. Im mniej się poruszamy, tym mniej widzimy, dokąd mamy dotrzeć. A zatem, jak sam Jezus nam powiedział, „kto jest wierny w małych rzeczach, nad wieloma zostanie postawiony”.

W tym znaczeniu Maryja jest Matką i Nauczycielką, przede wszystkim dlatego, że „zachowywała i rozważała w swoim sercu” sprawy Jezusa (por. Łk 2,19). I takie jest właściwe pojęcie posłuszeństwa.

A co dokładnie oznacza „rozważała w swoim sercu”? W języku greckim owo „rozważała” wyrażone jest terminem symballousa: Maryja medytuje, dosłownie zestawia ze sobą, porównuje, łączy… ale czyni to, rozważając w sercu, to znaczy posługując się rozumem, ale i swoją inteligencją emocjonalną. Ta jej medytacja dotyka umysłu i woli, sprawiając, że intuicji i rozumowaniu towarzyszą uczucia, determinacja, działanie… Jej rozważanie jest performatywne (sprawcze): nadaje kształt i siłę zajmowanym postawom.

Być może również my słuchamy Słowa, ale rzadko staje się ono kryterium kierującym naszym sposobem myślenia, a tym bardziej naszym sposobem działania. Natomiast Maryja, rozważając w swoim sercu, zrywa z mentalnością świata, który uważa, że Bóg musi spełniać określone wymagania i być związany określonymi zasadami. Wiele innych osób, pojawiających się w Ewangeliach opisujących pierwsze lata życia Jezusa, słyszy i widzi te same rzeczy, co ona, ale te nie „rozważają” ich, a raczej komentują i dyskutują. Często nawet nie podejmują wysiłku, aby sprawdzić, czy ich interpretacja jest słuszna. Pomyślmy o Herodzie i mędrcach z jego dworu: wiedzą o Mesjaszu, znają pisma, ale szybko wydają osąd, który budzi strach…

W Maryi odnajdujemy cechy prawdziwego mędrca, który potrafi spojrzeć na fakty życia i je zaakceptować; najpierw żyje nimi, a potem myśli. Już nie planuje, nie organizuje się. Wydaje się, że Matka Pana wie, że umysł, który „zbytnio rozumuje”, jest zwodniczy. Jest mądra właśnie dlatego, że wie, iż nie zawsze można ufać swoim myślom i że aby właściwie rozróżniać, trzeba polegać na kryteriach, które wykraczają poza zawirowania umysłu. Maryja nauczyła się przyjmować egzystencję jako dar, niespodziankę… Ta medytacja Maryi uczy nas, że nie możemy zaprzątać sobie głowy upartym kontrolowaniem naszego życia. Życie jest zaskakujące, wymyka się planom.

Tylko ten, kto raz na zawsze zaakceptował fakt, że życie jest darem, może rozważać w sercu, łącząc wydarzenia ze Słowem. Mówiąc „oto ja służebnica Pańska”, Maryja nie tylko jest posłuszna Panu, ale także decyduje się stanąć po stronie tych, którzy bez strachu poddają się temu, co ich spotyka, ponieważ wiedzą, że wszystko przyczynia się do dobra tych, którzy kochają Boga.

Maryja jest Matką i Nauczycielką, gdy chodzi o posłuszeństwo wiary, ponieważ będąc Matką, staje się uczennicą Jezusa. Jej wiara nie zostanie od razu wynagrodzona pełnym zrozumieniem znaczenia zachodzących wydarzeń, ale pozwoli jej wzmocnić miłość do Jezusa, dojrzewając w tym i przechodząc od zwykłej matczynej miłości do niezwykłej miłości uczennicy: jest to istotny element życia Maryi. Nigdy nie zrozumiemy w pełni jej tajemnicy, jeśli nie zatrzymamy się na tym delikatnym przejściu od matki do uczennicy, od wychowawczyni do wychowanki, dokonanym przez samego Boga.

– W świątyni od Symeona dowiaduje się, że jej dziecko jest „przeznaczone na upadek i zmartwychwstanie wielu w Izraelu” jako „znak, któremu sprzeciwiać się będą”, a jej „duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu” (Łk 2,34-35).
Ona również staje przed wyborem: albo pójść za Jezusem jako uczennica, albo pozostać w Nazarecie, pielęgnując wspomnienia… Będąc świadkiem stopniowego objawiania się tożsamości Syna, musi nieustannie zmieniać swój sposób bycia matką.

– Kiedy Maryja i Józef w świątyni znaleźli dwunastoletniego Jezusa, nie zrozumieli, dlaczego tam się znalazł. Zgubili dziecko, a znaleźli mężczyznę, a raczej zgubili Jezusa, a znaleźli Chrystusa… Ale czego Maryja nie rozumie? Z pewnością wie, że Jezus jest jedynym synem Ojca: dziewicze poczęcie przypomina jej o tym. A więc czego nie rozumie? Nie potrafi pojąć, że Jezus, aby wypełnić swoją misję, musi naruszyć ład rodzinny, te święte więzi podporządkowania i posłuszeństwa wobec rodziców, które nakazuje Prawo. Być może to jest prawdziwy powód jej zdziwienia. Ale Jezus, po tym upomnieniu nie naciska. Wraca posłuszenie do domu.

– Na początku swojego życia publicznego Jezus zachowuje się w sposób nietypowy: wydaje się łamać szabat, dotyka trędowatych, czyniąc się nieczystym, przebacza grzechy, co tylko Bóg może uczynić. Jego krewni uważają go za szaleńca. Mówiąc „któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?”, zastępuje więzy krwi nowym rodzajem relacji opartej na posłusznym słuchaniu Słowa. Spróbujmy wyobrazić sobie tę scenę, aby uchwycić jej paradoksalne znaczenie: krewni Jezusa, najbliższe mu osoby według więzów krwi, nie są mu najbliżsi, ale ci, którzy siedzą u stóp Mistrza (w rzeczywistości zupełnie obcy ludzie), stają się jego prawdziwą rodziną. Bliski okazuje się daleki, a daleki bliski. Osobista decyzja dotycząca nawrócenia jest zatem niezbędna, konieczna, aby nie stać się obcym dla Syna.

Dotyczy to również Maryi. Chociaż nie musi się ona nawracać z grzechów, musi zmienić sposób myślenia: jej radość nie powinna wynikać z bycia matką według ciała, ale z bycia uczennicą. I tak oto Matka Pana staje się uczennicą, z uczennicy „Kobietą” (drugą Ewą), a z „Kobiety” Matką Kościoła. I nie możemy postrzegać tego inaczej.

Wskazówki wychowawcze

1. Delikatnym zadaniem jest wspieranie ludzi młodych na drodze wiary, pomagając im w odpowiednim przepracowaniu własnych doświadczeń rodzinnych i leczeniu ran. Chodzi o wyzwolenie się z narzuconych lub zerwanych więzów, co łączy się z jednej strony z niekorzystnym, niewygodnym i uciążliwym dziedzictwem, a z drugiej strony z naiwności i zarozumiałości, które zaprzeczyły dziedzictwu małżeństwa, kultury i wiary. Nie można rozpocząć nowego życia bez podziękowania rodzicom za to, co się od nich otrzymało, bez wybaczenia im błędów, i w końcu bez podjęcia nowych działań, nie czekając na uznanie i aprobatę, które nie zawsze nadchodzą.

2. W kontekście wychowania można pogłębiać tę prawdę, że „posłuszeństwo jest lepsze” (C. Miriano), jest bardziej wyzwalające i ubogacające niż jego przeciwieństwo. Na płaszczyźnie duchowej pokora i posłuszeństwo odnoszą zwycięstwo, ponieważ ani diabeł, ani świat ich nie znają i nie mają nad nimi władzy. Jako rodzice możemy i powinniśmy pochylić się nad kwestiami ściśle związanymi z posłuszeństwem: autorytarnym i permisywnym stylem wychowania, kaprysami i zachowaniami wyrażającymi sprzeciw, pozwoleniami i zakazami, pochwałami i karami.

3. Posłuszeństwo wiary nie wypływa ze strachu, ale z zaufania. Maryja jest błogosławiona, ponieważ uwierzyła, a nie dlatego, że po prostu była posłuszna. Wiara oznacza zaufanie temu, kogo uznajemy za wiarygodnego. Jako rodzice, wymagając posłuszeństwa od dzieci, musimy być wiarygodni, ponieważ wychowanie jest zasadniczo świadectwem. Jest to warunek konieczny, choć niewystarczający. Kiedy dzieci widzą, że to, co mówimy, jest zgodne z tym, jak żyjemy, uczą się, że posłuszeństwo jest odpowiedzią miłości.

Zadajmy sobie więc pytanie: czy nasz autorytet wynika z szacunku, jaki okazujemy, czy też z władzy, jaką sprawujemy?

Ks. Roberto Carelli SDB

KONFERENCJA NA STYCZEŃ 2026

Nasza wiara, wiara naszych dzieci.

Sprawiedliwy z wiary żyć będzie” (Ha 2,4): wiara i niezależność

Wiara czyni wolnymi!

1. To, że posłuszeństwo wierze oznacza rezygnację z autonomii, ograniczając wolność, jest jedynie współczesnym uprzedzeniem, które nie ma żadnego uzasadnienia: chrześcijaństwo weszło na świat jako „dobra nowina” o większej wolności i większej miłości. Wiara rodzi wolność!

2. Wiara nie unieruchamia, ale pobudza do działania: zaproszenie Jezusa, od momentu powołania pierwszych uczniów, brzmi: „chodź i zobacz”, postaw na szali swoją wolność i inteligencję, a ponadto swoje serce („chodź i naśladuj mnie”, „trwajcie we Mnie”). Katechizm i teologia wyjaśniają w prosty sposób, że wiara to nie tylko „treści, w które należy wierzyć” (fides quae), ale „akt, który należy przeżywać” (fides qua): chrześcijanin nie tylko wierzy w to, co powiedział Jezus, nie tylko wierzy Jezusowi, ale wierzy w Jezusa, żyje nie tylko kierując się Nim, ale wszczepiony w Niego, uczestniczy w Jego prawdzie, Jego synostwie, Jego wolności, Jego panowaniu. Oprócz „wierzyć”, że to, co mówi nam Jezus, jest prawdą (J 14,10; 20,31), Jan używa również zwrotów „wierzyć Jezusowi” i „wierzyć w Jezusa”. „Wierzymy Jezusowi”, kiedy przyjmujemy Jego Słowo, Jego świadectwo, ponieważ On jest prawdziwy (J 6,30). „Wierzymy w Jezusa”, kiedy przyjmujemy Go osobiście w naszym życiu i powierzamy się Mu, przylegając do Niego w miłości i podążając za Nim (J 2,11; 6,47; 12,44 oraz LF18).

3. Wiara wyzwala, ponieważ oświeca i kieruje działaniami człowieka w świetle i mocy Ducha Świętego, który poucza go wewnętrznie o prawdzie i sprawiedliwości Boga, uwalniając go od wielu wewnętrznych i zewnętrznych uwarunkowań, które sprawiają, że czuje się niepewnie i popełnia błędy: uwarunkowania dotyczące temperamentu, rodzinne, społeczne, kulturowe, konflikty wewnętrzne, konflikty moralne, konflikty cywilne, trudności w rozróżnianiu prawdy od fałszu i dobra od zła. Wiara wyzwala, ponieważ dając przestrzeń działaniu Ducha, wypełnia serce pokojem i radością, pobudzając do działania, dodając odwagi w niebezpieczeństwach, dając cierpliwość w próbach, pokonując wszelkie zniechęcenie.

4. Wiara jest z pewnością więzią, ale więź ta nie czyni z nas niewolników i nie czyni nas powtarzalnymi. Wręcz przeciwnie, wiara czyni ludzi wolnymi i kreatywnymi, ponieważ opiera się na wolności i kreatywności Boga, na Jego mocy i owocności Jego działania, i pozwala im w tym uczestniczyć. Wiara otwiera nasze naturalne życie na horyzonty życia nadprzyrodzonego. Jezus powiedział nam to na wiele sposobów: „Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: ‘Przesuń się stąd tam!’, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was” (Mt 17,20); „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, owszem, i większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca. A o cokolwiek prosić będziecie w imię moje, to uczynię, aby Ojciec był otoczony chwałą w Synu. O cokolwiek prosić mnie będziecie w imię moje, Ja to spełnię” (J 14,12-14).

5. W wierze człowiek odnajduje wewnętrzną wolność, ponieważ zdaje się na Boga, a nie na własną ocenę lub ocenę innych. Chesterton powiedział: „Chrześcijaństwo jest prawdziwe z wielu powodów, a jednym z nich jest ten, że nie pozwala nam być tylko dziećmi naszych czasów”. Zauważmy, że w języku łacińskim słowo „liberi” (wolni w języku włoskim – przyp. tłum.) oznacza w liczbie mnogiej „dzieci”, co wskazuje na więzi, które sprawiają, że istniejemy i jesteśmy ludźmi wolnymi, podczas gdy problemem tego świata jest to, że ten nie uważa, iż “rodzina” czy “Bóg” czynią nas wolnymi. W tym kontekście po raz kolejny dochodzimy do wniosku, że wszystko zależy od tego, komu wierzymy, komu się powierzamy, komu ufamy. Chrześcijanin jest przede wszystkim dzieckiem Boga, a zatem uczestnikiem boskości i człowieczeństwa Boga, dzieckiem w Synu, ponieważ Jezus jest Synem Bożym i Synem Człowieczym, jest prawdziwym obliczem Boga i prawdziwym obliczem człowieka.

6. W wierze człowiek odnajduje wolność działania, ponieważ, jak czytamy na początku „Lumen Fidei”: „kto wierzy, widzi”. Oznacza to, że ten, kto poświęca czas, aby wzbogacić się dzięki tym, którzy wiedzą i potrafią więcej niż my, zwłaszcza w kwestii tego, czym jest prawdziwa miłość i jak ją przeżywać, z pewnością będzie bardziej wolny. W wierze człowiek pokonuje dwa podstawowe mankamenty wolności: arbitralność decyzyjności i strach przed niezdecydowaniem. Należy tutaj dodać, że „wolność” nie oznacza tylko „możliwości wyboru” (wolna wola), ale również „decydowanie o sobie” (samostanowienie), a to jest poważna sprawa.

7. W głębszym znaczeniu wolność znajduje swój sens w wierze, ponieważ nie działa ona samodzielnie, ale w imieniu Boga. W wierze życie ma sens, ponieważ jest rozumiane jako powołanie i misja, rzeczywisty udział w twórczym i odkupieńczym działaniu Boga. Wiara pozwala zrozumieć, że wolność nie jest pierwszym i ostatnim słowem: jesteśmy wolni, aby kochać! Wolność jawi się tutaj bardziej owocna właśnie przede wszystkim dlatego, że służy działaniu Boga i Królestwu Bożemu. „Wstań i chodź!”.

Można przeprowadzić w tym kontekście „lectio divina”, wychodząc od fragmentu Łk 5,17-26, gdzie w scenie uzdrowienia paralityka odkrywamy, że moc Boża zawsze towarzyszy decyzji na gruncie wiary człowieka, który w tym przypadku jest wezwany do przyznania się do winy i do przyzwolenia na swoje wyleczenie, wbrew wszelkim przeciwnym dowodom, wszelkim uprzedzeniom, nawet religijnym, wszelkiemu przywiązaniu do własnego zła.

Pewnego dnia, gdy nauczał, siedzieli przy tym faryzeusze i uczeni w Prawie, którzy przyszli ze wszystkich miejscowości Galilei, Judei i Jerozolimy. A była w Nim moc Pańska, że mógł uzdrawiać. Wtem jacyś ludzie niosąc na łożu człowieka, który był sparaliżowany, starali się go wnieść i położyć przed Nim. Nie mogąc z powodu tłumu w żaden sposób go przynieść, wyszli na płaski dach i przez powałę spuścili go wraz z łożem w sam środek przed Jezusa. On widząc ich wiarę rzekł: «Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy».

Na to uczeni w Piśmie i faryzeusze poczęli się zastanawiać i mówić. «Któż On jest, że śmie mówić bluźnierstwa? Któż może odpuszczać grzechy prócz samego Boga?» Lecz Jezus przejrzał ich myśli i rzekł do nich: «Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: „Odpuszczają ci się twoje grzechy”, czy powiedzieć: „Wstań i chodź”? Lecz abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów» – rzekł do sparaliżowanego: «Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu!» I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do domu, wielbiąc Boga.

Wtedy zdumienie ogarnęło wszystkich; wielbili Boga i pełni bojaźni mówili: «Przedziwne rzeczy widzieliśmy dzisiaj» (Łk 5,17-26) .

– Moc Pana go uzdrowiła: chrześcijańska wolność, wolność wyzwolona!

– Mężczyźni niosący na łoży paralityka: wolność innych, wiara innych!
– „Człowieku, odpuszczają ci się twoje grzechy”: wolność i moc Jezusa!
– Uczeni w Piśmie i faryzeusze zaczęli dyskutować: uprzedzenia…
– „Natychmiast wstał”: wiara uwalnia od grzechów i paraliżu… i ostatecznie od śmierci!

Wskazówki wychowawcze

1. Przede wszystkim weźmy pod uwagę kontekst kulturowy. Chodzi o to, że chcemy być wolni, ale nie jesteśmy zbyt wolni. Obsesja na punkcie wolności rozumianej jako absolutna autonomia – czyli wolność od wszelkich więzów – sprawiła, że również nauki i praktyki wychowawcze zbytnio skupiły się na osiąganiu autonomii. Style wychowawcze, które były autorytarne, stały się antyautorytarne i permisywne, a formy autorytetu, których potrzebuje wolność, były systematycznie likwidowane. Dominują zatem zasady cywilne bez podłoża etycznego i religijnego, które nie motywują do działania z szacunkiem i odwagą. Należy zastanowić się i skłonić innych do refleksji nad tym, że bez autorytetu wolność nie czuje się „zdolna” do życia, podejmowania decyzji, działania. Wchodzi tu w grę biblijny temat „błogosławieństwa”, a dzisiaj jest to też psychologiczna kwestia utraty „siły ducha”.

2. W dzisiejszym złożonym, nastawionym na natychmiastowe rezultaty i konkurencyjnym społeczeństwie, młodzież odczuwa głęboki niepokój i poczucie nieadekwatności, które ograniczają jej swobodę, sprzyjając skłonnościom narcystycznym i hamując naturalną otwartość na oddanie się innym i dokonywanie definitywnych wyborów życiowych: obawy i trudności związane z zawarciem małżeństwa i poświęceniem się, strach przed odważnym świadczeniem o swojej wierze, lęk przed oddaniem się z wiernością i wolnością, bez względu na rezultaty. Dialektyka moralna i wychowawcza „mogę/nie mogę” u dzisiejszej młodzieży nie oznacza już „wolno mi/nie wolno mi”, ale „jestem w stanie/nie jestem w stanie”!

3. Należy dodać, że wolność naszych dzieci cierpi z powodu zbytniego dobrobytu. Od zawsze wolność nie była czymś oczywistym, zawsze była przedmiotem walki, dziś natomiast wolność jest czymś oczywistym i nie potrzeba walczyć o nią.

4. Wszystkich obowiązuje zasada, że wolność wzrasta poprzez rozeznanie, decyzje i działania. Na polu wychowania należy zatem pomagać młodym ludziom – pokoleniu zbyt umysłowemu i zbyt emocjonalnemu, w którym rozum jest racjonalistyczny, a religia spiritualistyczna – w osiągnięciu spójności emocji, myśli i działań, aby nauczyli się nie ograniczać jedynie do odczuwania i myślenia, ale dążyć do życia: wiara to zawsze odczuwanie, wiedza i praktyka, gdzie jedno nie może istnieć bez drugiego.

5. Zasada ewangeliczna nr 1: człowiek odnajduje siebie tylko w szczerym oddaniu się innym. W obliczu współczesnego mitu samorealizacji należy głosić prawdę o oddaniu się innym! Posłuchajmy tej wspaniałej wypowiedzi Sequeriego:

Bóg, tajemnica doskonałej wolności, cieszy się szczęściem stworzenia [„Chwałą Boga jest człowiek żyjący”, św. Ireneusz], czego wcale nie potrzebuje: stworzenie uczestniczy w łasce tego szczęścia życia Boga poprzez emocje, które towarzyszą radości z szczęścia innych. Trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę obecny sposób myślenia: spontanicznie wyobrażamy sobie doskonałą radość, która czyni nas szczęśliwymi, jako idealną realizację naszej mocy bycia: jak mogę myśleć o idealnej realizacji mojego szczęścia jako czystej radości ze szczęścia innych? Jednak ewangeliczne objawienie doskonałej miłości Boga [„Bóg jest miłością”, św. Jan] pokazuje, że jej najwyższym wyrazem jest dar Syna dla świata. Ruch miłości Boga nie znosi – a wręcz przeciwnie, zapewnia – pełnej realizację mojego „ja”. Syn opuszcza formę chwały, która jest mu właściwa, czyniąc to z miłości do człowieka: ale jej nie traci, a wręcz przeciwnie, czyni ją godną absolutnego uwielbienia (Flp 2,5-11). Idealne nakładanie się własnego szczęścia na szczęście innych jest „sekretem” Boga: tajemnicą Jego objawienia i zagadką Jego istnienia. Za każdym razem, gdy udaje mi się – nawet niedoskonale – doświadczyć czystej radości ze szczęścia innych, jestem pewien, że doświadczam, właśnie emocjonalnie, a więc zmysłowo, istotnej cechy doskonałości Boga. Czuję, że jestem z Nim w kontakcie, a nie tylko o tym myślę!

6. Zadaniem rodziców pozostaje pomoc w nabywaniu przez dzieci odpowiedniej samodzielności. Również w tym przypadku, jak zresztą zawsze, jako że wolność istnieje, wzrasta i dojrzewa w ramach więzi, obok tych więzów istnieje również wyzwolenie się z nich. I tutaj wiele zależy od tych więzów rodzicielskich i stylu odzicielskiego! Posłuchajmy w tym kontekście pięknych słów Paoli Libanoro:

Dziecko reaguje nie tyle na każdego z rodziców z osobna, co na relację między nimi, co potwierdza, jak cenne (i męczące, oczywiście) jest to odkrycie i jak pożyteczne dla dziecka jest to pozwolenie drugiemu rodzicowi być takim, jakim jest, innym niż ono samo.

Nikt nie może być rodzicem w pojedynkę, bez względu na to, jak jest kompetentny i skuteczny. I nikt nie może sprowadzać drugiej osoby do roli wykonawcy własnego modelu (lub własnych potrzeb) ojcostwa czy macierzyństwa.

Twierdzenie, że więź rodzicielska jest niezbędnym czynnikiem ochronnym, oznacza stwierdzenie, że matka jest najlepszym strażnikiem ojcostwa ojca wobec dziecka, a ojciec jest najlepszym strażnikiem macierzyństwa matki wobec dziecka. Dziecko rośnie zdrowo, jeśli czuje, że matka pozwala ojcu być ojcem, a ojciec pozwala matce być matką. Pierwszym zadaniem rodziców nie jest przede wszystkim poznanie dziecka, ale zaakceptowanie faktu, że druga osoba nie jest taka, jakiej oczekiwaliśmy w roli ojca/matki (tj. jak powinna była wypełnić luki lub naprawić krzywdy wyrządzone przez rodzica płci przeciwnej w okresie dzieciństwa). Wśród tych czynników ochronnych, oprócz oczekiwań małżonków dotyczących podziału ról, można wymienić również styl wychowania i więź przywiązania. Bezpieczna więź przywiązania i styl wychowania bazujący na autorytecie stanowią pozytywne czynniki rozwoju dla pary i dziecka, podczas gdy ambiwalentne przywiązanie lub jego zupełny brak oraz autorytarny lub zbyt liberalny styl wychowania stanowią zagrożenie dla prawidłowego rozwoju jednostki i pary… Style przywiązania w relacji matka-dziecko (bezpieczny, ambiwalentny, jego całkowity brak lub zdezorganizowany) mogą zapewnić albo nie zapewnić dobrostan dziecka i jego zdolność do nawiązywania dobrych relacji. Przeprowadzone w tym względzie badania skupiały się głównie na relacji matka-dziecko, pozostawiając w tle ojca, który był zajęty innymi sprawami. Przy czym ta obecność ojca wyraża się poprzez matkę, a to w tym sensie, że ojciec jest obecny dla dziecka w takim stopniu, w jakim zapewnia on matce spokój i bezpieczeństwo. Obecnie obserwuje się tendencję do większego zaangażowania ojca, również pod względem uczuciowym.

7. Wolność wiary jest przekazywana dzieciom, gdy wiara nie opiera się na strachu lub obowiązkach, ale na radości, zaufaniu i wewnętrznej wolności. W społeczeństwie nastawionym na sukces wiara pomaga powiedzieć: „Jestem wartościowy, ponieważ jestem kochany za to, kim jestem, a nie za to, że coś osiągam”. Rodzice dają tego świadectwo poprzez swoje pogodne podejście do niedoskonałości i ograniczeń swoich i swojego dziecka. Wiara jest wtedy przeżywana jako wyraz wolności, a nie wstydu. Wiara nie przytłacza, ale podnosi na duchu.

Ks. Roberto Carelli SDB